| Nie masz konta? Zarejestruj się |
Kiedy w 1972 roku w trakcie Letnich Igrzysk Olimpijskich w Monachium do wioski olimpijskiej wtargnęli palestyńscy terroryści i zabili kilkudziesięciu sportowców reprezentujących Izrael, nad ideą Olimpiady zawisły gęste i czarne chmury.
Cztery lata później w kanadyjskim Montrealu, do IO nie przystąpiło większość państw afrykańskich. Ich absencja była sposobem na oficjalny bojkot przeciw dopuszczeniu do uczestnictwa w imprezie reprezentacji Nowej Zelandii utrzymującej kontakty z rasistowską RPA.
Na dokładkę nie postarali się kanadyjscy organizatorzy imprezy ze względu na nie najlepsze jej przygotowanie. Choć wydarzenia sprzed czterech lat zmusiły ich do zwiększenia bezpieczeństwa na Olimpiadzie, to zarazem podjęte czynności wpłynęły negatywnie na atmosferę wewnątrz wioski olimpijskiej. Ta ostatnia była, w pewnym sensie, osaczona... a to odbijało się na samopoczuciu zawodników. Na szczęście forma polskich kajakarzy zdawała się rosnąć – powoli, bo powoli, ale jednak systematycznie rosnąć.
|
|
Cudowna 'dwójka' Opara-Gronowicz
Na torze przy Notre Dame Island udało się naszym kajakarzom zdobyć ponownie tylko jeden medal. Tym razem miał on jednak piękniejszy kolor. Nie brązowy - jak w 1972 roku - ale srebrny. Krążek na dystansie 500 metrów zdobyli kanadyjkarze: Jerzy Opara i Andrzej Gronowicz. Panowie, z czasem 1:47.77, dopłynęli na metę tuż za reprezentantami ZSRR (1:45.77), minimalnie wyprzedzając Węgrów (1:48.35) i Rumunów (1:48.84).
Ta sama para była bliska medalu również w konkurencji na 1000m, gdzie zajęła 4 pozycję, za reprezentantami ZSRR i Rumunii. Jak wspomina dziś sam Jerzy Opara, nasza osada wybierała się do Montrealu z myślą o złocie. W wierze tej utwierdziły ich wcześniejsze dokonania – wysoka forma, wyśmienite wyniki oraz zwycięstwo nad wyśmienitymi zawodnikami z ZSRR we wcześniejszych zawodach w Brandenburgu. Niestety wiara ta została szybko rozwiana, choć po dziś dzień pozostał niesmak i podejrzenia związane z formą sowietów, która skoczyła niewyobrażalnie wysoko w stosunkowo krótkim czasie. Cóż, historii się nie zmieni, a srebro to też piękny kolor.
Forma Żelazna jak Kurtyna
Blisko medalowej pozycji była również Ewa Kamińska-Eichler, która w konkurencji „jedynek” na 500m, z czasem 2:05.16 zajęła 4 miejsce, tuż za trzecią Węgierką (2:05.01), drugą sowietką (2:03.07) i zwycięską reprezentantką NRD (2:01.05). Zresztą zawodnicy zza Żelaznej Kurtyny zdominowali bieg finałowy, wpuszczając do niego tylko dwie przedstawicielki kultury zachodu - jedną Amerykankę (która ostatecznie zajęła 7 miejsce) i reprezentantkę RFN (8 miejsce).
Do niezłych wyników dopisał się Grzegorz Śledziewski, który w wyścigu na dystansie 500 metrów zajął 5 pozycję i na 1000 metrów 8 pozycję. Na 5 miejscu uplasowała się również męska czwórka na 1000m (Henryk Budzisz, Kazimierz Górecki, Grzegorz Kołtan, Ryszard Obarski). Z kolei panie: Maria Kazanecka-Górecka i Katarzyna Kulczak, zajęły 6 pozycję w wyścigu na 500m.
Czyste konto
Pozostali reprezentanci polskiego kajakarstwa w Montrealu, tj. Ryszard Tylewski i Daniel Wełna („dwójka” na 1000m), Ryszard Obarski i Grzegorz Śledziewski („dwójka” na 500m) i Ryszard Kosiński (kanadyjką na 500m) nie zdołali się zakwalifikować do finałowych biegów.
Polska ponownie zdobyła tylko jeden medal w olimpijskich zawodach kajakarskich. Jednak ogólne wyniki naszych sportowców startujących w tej dyscyplinie zdawały się być coraz lepsze, co napawało nadzieją na przyszłość. Coraz lepsze rezultaty przychodziły wraz z ciężką pracą na treningach, nie brały w tym udziału nieczyste zagrywki (poza podejrzeniami w stosunku do zawodników z ZSRR), które stawały się coraz popularniejsze na Igrzyskach zarówno letnich, jak i zimowych.
W Montrealu po raz pierwszy przyłapano polskich sportowców na dopingu – Zbigniewa Kaczmarka (ówczesnego złotego medalistę w podnoszeniu ciężarów) oraz Danutę Rosani (rzut dyskiem). Nasi kajakarze pozostawali zupełnie czyści. I tak było na szczęście jeszcze przez wiele, wiele lat.
Tomasz Merwiński
| Zobacz także |